Anna Lankau-Pogorzelska

Anna Lankau-Pogorzelska, Warszawa

Numer skarbonki: 111332
Proszę o wsparcie w walce z chorobą.
zebrano:
28 439 zł
94%
cel zbiórki:
30 000 zł

Historia

Nazywam sie Anka, mam 44 lata i od końca maja 2019r  jestem pacjentką Narodowego Centrum Onkologii. Po 15 latach życia z niezłośliwą zmianą w piersi, badaną i obserwowaną co roku, usłyszałam diagnozę: rak piersi o wysokim stopniu złośliwości

Jestem żoną i mamą dwójki cudownych dzieciaków: 6-letniej Ewy i 10-letniego Jaśka. Zawodowo od ponad 9 lat jestem związana z marketingiem handlowym. Zawsze w ruchu, w podróżach, podczas których pokazuję dzieciom, jak piękny i ciekawy jest otaczający nas świat. Tymczasem rok 2020 okazuje się dla mnie mało łaskawy i daje mi porządnie popalić, zmuszając mnie do rewizji życiowych planów, z których najważniejszym był powrót do mojej pasji, jaką jest analogowa fotografia portretowa. 

Moja choroba to "świeża" sprawa. Czasem o niej zapominam, a przypomina mi o niej cotygodniowa aplikacja wenflonu w szpitalnym gabinecie, przez który podawana jest mi chemia. I jeszcze wypadające włosy, na co trudno się przygotować. Jednocześnie staram się funkcjonować tak jak dawniej, mając świadomość, że nadejście tych trudnych chwil jest nieuchronne. Dzięki przyjaciołom, rodzinie, licznej grupie najlepszych sąsiadów na świecie i współpracownikom wiem, że nie zabraknie mi wsparcia, ludzkiej życzliwości i pomocy. Jestem typem wojowniczki, która zawsze stawia czoła trudnościom. Zawsze staram się radzić z problemami sama, przyjmując, że na tym świecie jest mnóstwo ludzi potrzebujących bardziej niż ja. 

Moim nowym celem jest pokonanie raka, dla siebie, dla rodziny, dla przyszłości. Chciałabym przejechać z córką 20 km na rowerach - obiecała mi właśnie, że nauczy się jeździć na rowerze, chociaż nie bardzo jej się do tej pory chciało. Chciałabym kiedyś wydać komiks mojego syna - rysuje zawzięcie. Chciałabym móc podróżować jak dawniej i poznawać ludzi. To plany na potem.

Obecnie najważniejszym zadaniem dla mnie samej jest wyzdrowieć i przetrwać najtrudniejszy czas terapii. Nie wiem jeszcze z czym będę musiała się zmierzyć, ale mam nadzieję, że wygram. Proszę o wsparcie w pokryciu kosztów leków, konsultacji i badań lekarskich oraz dojazdów.

Darowizny na rzecz mojego leczenia można przekazywać za pomocą płatności on-line, karty płatniczej, PayPal lub tradycyjnego przelewu. Aby dokonać wpłaty, kliknij na przycisk "Pomóż" w niebieskim prostokącie.

Dziennik

To, co od początku życia po zakończonym leczeniu nie dawało mi spokoju to rozbrajająca szczerość mojej lekarz, że nie będziemy monitorować skuteczności leczenia. Ot, wycięli, zatruli chemią, naświetlili i to wszystko w tym temacie. Teraz hormonoterapia przez 5 lat i czekamy, może nic się nie zdarzy. Może będzie dobrze. A jak nie będzie, to o przerzutach się dowiemy, jak pojawią się dolegliwości. No więc od maja mam problemy z nogą, prawą. Tą po stronie wyciętych węzłów chłonnych. Trudno mi określić, czy boli stawowo czy raczej nerwowo. Tu też peany pod adresem Alivii... Dzięki zamieszczonej tu informacji dotarłam do P. Marcina i badania, które mam nadzieje, rozwieje mój niepokój i wątpliwości dotyczące skuteczności leczenia. Bo można to sprawdzić, więc sprawdzam. Zakładam każdy scenariusz. Jeśli będzie pozytywny - tylko się cieszyć, jeśli negatywny... zawsze lepiej wiedzieć wcześniej, co się dzieje - bo daje to szansę na odpowiednią reakcję. Ten okres teraz, w którym wróciłam do życia, traktuję trochę jak remont samej siebie po niezłej dewastacji. Walczę z bólem nogi, walczę z wrastającymi paznokciami, które po chemii częściowo obumarły i zaczęły wzrastać w sposób bardzo dowolny, co z kolei powoduje okrutny ból przy chodzeniu. Matko, ile tego... dużo. Walczę dalej, także ze stanem psychicznym, który obecnie nie jest najlepszy. Dziękuję za każde wsparcie.

Pół roku od zakończenia intensywnego leczenia wracam do normalności. Zawsze dużo się dzieje. Cieszę się, że będąc w programie klinicznym, mam poczucie, że ktoś jeszcze nade mną czuwa. Na liście rzeczy do zrobienia mam wiele, tak by o leczeniu przypominać sobie tylko wtedy, gdy trzeba przyjąć zastrzyk i pojawić się na kontroli w szpitalu. Leczenie trwało rok, ale trzeba wrócić do normalnego życia, odzyskać siły i realizować plany i marzenia. Dziękuję wszystkim za wsparcie, dzięki któremu mogę sfinansować dodatkowe badania i konsultacje, leki. To duże wsparcie w drodze do normalności. Trzymam kciuki za wszystkich, którzy przechodzą własnie tę drogę lub na nią wkraczają i za siebie też, mając nadzieję, że na nią nie wrócę.

Radioterapia jest mega obciążeniem dla organizmu. Wchodzisz pełna werwy, a po 15 minutach czujesz się jakbyś nie przespała doby. Marzec był miesiącem, w którym działa się ostatnia część twardej terapii onkologicznej. Im dalej w las tym ciemniej, organizm odmawiał współpracy. Sen był najlepszym przyjacielem, a jeszcze przecież toczy się życie. Pierwszy raz poszłam do fryzjera podciąć te moje odrastające, definitywnie kręcone loki. Potem przyszło coś w rodzaju załamania, jakiejś depresji. Leczenie daje cel. Gdy kończysz intensywną terapię, cel znika. Trochę jest tak, że nie bardzo wiesz, co dalej. Tu dużą pomoc daje mi onkopsycholog, do którego trafiłam dzięki fundacji, myśląc, że w sumie czemu nie? Co mi szkodzi Wszystkim polecam, naprawdę pomaga.

Radioterapia nie jest jednak spacerkiem po parku. Codziennie w okolicy południa odwiedza mnie zjazd energetyczny, a po powrocie ze szpitala na nic praktycznie nie mam sił. Trochę jak po czerwonej chemii, tyle tylko, że wtedy było to kilka dni, teraz mam tak codziennie. Tak więc kiedy mogę, pracuję, ogarniam dzieciaki, staram się funkcjonować normalnie. Dziś 16-te naświetlanie z zaplanowanych 20-tu. Jutro szczepienie przeciw covid, które mam nadzieję, trochę uspokoi dzienny puls, wewnętrzne podenerwowanie faktem, że wśród znajomych coraz więcej chorych i niestety jeden znajomy w sile wieku, zdrów jak ryba, pożegnał się ze światem. Widać to w poczekalni: dużo pacjentów prycha i kicha, większość na szczęście w maseczkach ale... zawsze jednak towarzyszy ta natrętna myśl: pewnie to tylko przeziębienie, tylko przeziębienie... Wyniki krwi, które robię za każdym razem przy badaniach klinicznych gorsze niż trzy tygodnie temu, ale umówmy się - wtedy zaczynałam dopiero radioterapię.

Zaczęłam się dokształcać. Znalazłam w sieci bardzo fajne opracowanie wyjaśniające krok po kroku strategię leczenia: wszystko się zgadza - idę konkretną drogą i wiem dlaczego. Wiem, że rak jest złośliwy (G3), ale został wykryty we wczesnym stadium. Wiem już dokładnie co oznaczają te symbole na diagnostyce i histopatologii. Bez tej wiedzy trudno zadawać pytania lekarzowi o sposób leczenia. Mocno pogorszyła się jakość widzenia, ale to jak mówi moja lekarz onkolog, efekt leczenia systemowego. Wczoraj też odbyła się moja pierwsza radioterapia. Dziwne uczucie. Zamknęłam oczy i czułam się jak na hamaku. Niby leżałam nieruchomo ale miałam odczucie delikatnego bujania. Żadnych niedogodności. Samopoczucie dobre, mogłam spokojnie wrócić do domu.

Twardy z niego skurczybyk, z tego raka. W wyciętej reszcie węzłów chłonnych trzy gościły komórki rakowe. Miałam nadzieję, że usłyszę same dobre wiadomości... na te muszę jeszcze poczekać.

Wczoraj powtórzona tomografia. Po operacji jednak stare, wytatuowane punkty na ciele musiały zostać skorygowane. Aparat do tomografii zawsze robi na mnie wrażenie, czasem myślę sobie o nim w kategoriach wojny ludzi przeciw maszynom :D. Podczas badania, by się nie ruszać, zamykam oczy i wtedy w głowie pojawiają się takie myśli, że oto zaraz mnie zgniecie. Ale na szczęście pilnują mnie cudowni ludzie odpowiedzialni za wykonanie badania. Ogólnie często sobie żartuję z lekarzami i obsługą, bo to NIO jest miejscem przeważnie ponurym i w sumie nikt tam nie narzeka na nadmiar szczęścia. Spod pachy znikają ostatnie szwy. Bez drenu jest mi o wiele wygodniej. Na liście niedogodności związanych z leczeniem, dren zajmuje drugie, zasłużone miejsce, zaraz po zjazdach energetycznych będących następstwem chemii. Czekam na wyznaczenie początku radioterapii i na wyniki histopatologiczne po drugiej operacji. Niecierpliwie.

Dużo niespodzianek w tym roku. Badania histopatologiczne po operacji wykazały obecność komórek rakowych w usuniętym guzie i węzłach chłonnych na poziomie 30-40%. Sama chemia zatem nie dała rady. Ścieżki leczenia gdzieś chwilowo się rozeszły, bo w dniu, w którym miałam rozpocząć radioterapię, otrzymałam informację, że wracam na oddział na kolejną operację wycięcia reszty węzłów. Radioterapia musi więc poczekać. Uczucie lekkiego rozczarowania, bo to jakby meta uciekała przede mną. Na szczęście ciągle mam chęci, upór i siły (na szczęście) by ją gonić. Datę przyjęcia na oddział profesor ustalił na dzień moich 44 urodzin, obiecał tort :D, kto jednak wie, jak wygląda catering w Narodowym Instytucie Onkologii na warszawskim Ursynowie, wie że fajerwerków nie powinnam była się spodziewać. Na szczęście tego samego dnia zadzwonił telefon z informacją, że zwolnił się termin za dwa dni, więc szybko na testy covid i badania i... jestem już po operacji. Zaoszczędzone dwa tygodnie. Dziś wróciłam od lekarz radiolog, jakże zaskoczonej tempem wydarzeń. Za dwa tygodnie pozbywam się drenu odprowadzającego nadmiar chłonki i zaczynamy. Warto było też ćwiczyć, bo prawa ręka daje radę. Sięgam wysoko bez bólu i nadmiernego dyskomfortu.

W nowy rok 2021 wchodziłam pełna nadziei. Nie ukrywam, że 2020 dał mi mocno popalić. Chemia sama w sobie może nie jest niczym strasznym, ale niewątpliwie obciąża organizm. Dzień po operacji piersi, zaczęły odrastać włosy, rzęsy i brwi. W oczekiwaniu na wyniki histopatologiczne, pełna energii wróciłam do ćwiczeń, spacerów, obowiązków rodzinnych, których przy dwójce dzieci jest sporo. Zaczęłam też w pełni świadomie robić listę rzeczy do zrobienia na 2021. 11 stycznia usłyszałam od lekarz prowadzącej, że nie udało się osiągnąć całkowitej remisji nowotworu poprzez chemię, że w pobranym materiale pozostało 30-40% komórek rakowych. Meta, o której myślałam, że jest dla mnie osiągalna, odsunęła się znacznie. Teraz biegnę maraton (na minimum 5 lat), na wspomaganiu hormonalnym. Za chwilę rozpocznę radioterapię. Nastawienie bardzo waleczne i zdecydowane. Dziękuję wszystkim za wsparcie, które daje siłę i jeszcze więcej determinacji w walce z chorobą.

Wypłaty (suma: 8605.37 zł)

Zebrane środki zostały wykorzystane na następujące wydatki:

15.11.2021 - 1381.90 zł
- kategoria wydatków: badania diagnostyczne, konsultacje medyczne, inne, środki farmakologiczne

02.11.2021 - 4400.00 zł
- kategoria wydatków: badania diagnostyczne

06.08.2021 - 1808.88 zł
- kategoria wydatków: inne, terapia onkologiczna, środki farmakologiczne

02.06.2021 - 704.47 zł
- kategoria wydatków: badania diagnostyczne, środki farmakologiczne, konsultacje medyczne

15.02.2021 - 310.12 zł
- kategoria wydatków: terapia onkologiczna, środki farmakologiczne

Do dyspozycji podopiecznego pozostało: 19 834,09 zł

Wspierający

Największe darowizny

Anonimowy 9 miesięcy temu 2460 zł 44

Go Girl!!!!!!

Anonimowy 1 miesiąc temu 1741 zł

Anonimowy 1 rok temu 1000 zł 92

Ania, nie poddawaj się!

Anonimowy 1 rok temu 1000 zł 90

Powodzenia Aniu!

Anonimowy 1 rok temu 990 zł

Anonimowy 1 miesiąc temu 948 zł

Anonimowy 1 miesiąc temu 909 zł

Wpłaty ze zbiórki na Facebooku 8 miesięcy temu 717 zł

Anonimowy 1 rok temu 500 zł

Anonimowy 1 rok temu 500 zł

Ta strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcejRozumiem