Anna Tenerowicz

Anna Tenerowicz, GLIWICE

Numer skarbonki: 110972
Walczę o życie. Dziękuję za każde wsparcie!
zebrano:
18 784 zł
62%
cel zbiórki:
30 000 zł

Historia

Mam 49 lat, jestem mężatką, mam 27-letniego syna.

Moja historia choroby zaczęła się w październiku 2013 roku, kiedy po nieskutecznym leczeniu infekcji dróg oddechowych, zostałam skierowana przez lekarza na prześwietlenie, z którego wynikało, że mam zmiany włóknisto-jamiste.

W grudniu 2013 roku rozpoczęłam leczenie w Poradni Chorób Płuc. Pani doktor po wstępnych badaniach postawiła diagnozę gruźlicy utajonej i mimo braku potwierdzenia wszystkich wyników zaleciła leczenie przeciwgruźlicze. Bardzo się bałam leczenia, ponieważ leki tego typu wykazywały toksyczne działanie. Bardzo źle się czułam, zgłaszałam różne objawy uboczne, bóle w klatce piersiowej, brzucha, głowy, nudności, smak ołowiu w ustach, świąd, złe samopoczucie i osłabienie. Pani doktor nie brała pod uwagę zgłaszanych objawów. To budziło niepokój czy leczenie jest właściwe.

W pewnym momencie zauważyłam zażółcenie powłok skórnych i kłopoty z trawieniem. Badanie wątroby wykazało, że normy zostały przekroczone wielokrotnie. Otrzymałam skierowanie do szpitala na oddział wewnętrzny z diagnozą - toksyczne zapalenie wątroby. W szpitalu po wykluczeniu wirusów została potwierdzona pierwsza diagnoza o toksycznym zapaleniu wątroby, na skutek brania leków przeciwgruźliczych. Otrzymałam w szpitalu zalecenie o przerwaniu terapii.

Po wyjściu ze szpitala wróciłam do leczenia, ponieważ pani doktor powiedziała, że jeśli przerwę kurację to będę musiała rozpocząć branie leków od początku (nie wyobrażałam sobie tego). Zdecydowałam się kontynuować leczenie pomimo lęku o swoją wątrobę. Gdy zmiana w płucach powiększyła się pani doktor skierowała mnie do szpitala chorób płuc. Cały czas przyjmowałam leki. Po przeprowadzeniu genetycznych badań wykluczono gruźlicę. Na obchodzie zostałam poinformowana o tym, że jeśli nie mam gruźlicy to muszę mieć nowotwór.

Załamana sytuacją wyprosiłam adres do jakiegoś specjalisty, który mi może pomóc. Dostałam namiary na docenta, który przyjmował w Katowicach. Pan docent spojrzał na tomografię i powiedział, że na jego oko to jest rak. Skierował mnie do swojego szpitala, gdzie po trzech dniach badań bronchoskopowych dowiedziałam się, że byłam błędnie leczona, bo mam niedrobnokomórkowego raka płuc (adenocarcinoma). Byłam załamana, płakałam, nie mogłam uwierzyć w diagnozę. Po 8 miesiącach błędnego leczenia, przeszłam operację lobotomię dolnego płata płuca lewego. Był to dla mnie koszmar. Trudności w oddychaniu, dysfunkcja pooperacyjna stawu barkowego, polekowe uszkodzenie wątroby, objawy duszności, osłabienia spowodowały konieczność długiej rehabilitacji. Gdyby nie pomoc najbliższych, a zwłaszcza męża, który mnie wspierał, musiał zmieniać pracę, brał często wolne aby móc mi towarzyszyć w leczeniu, zawozić mnie do specjalistów, nie dałabym sobie rady. Przeszłam jeszcze kolejną operację w Centrum Onkologii w Bydgoszczy, gdyż okazało się, że jest podejrzenie przerzutu na jajnik. W czasie tej operacji miałam objawy uczulenia, moja wątroba reagowała przy podaniu morfiny i innych środków. Po podaniu morfiny dostałam wstrząsu, spuchła mi cała szyja. Gdyby nie przyszedł mąż, prawdopodobnie odeszłabym dusząc się.

W szpitalu kiedy diagnozowałam przyczyny zapalenia wątroby, oprócz jej uszkodzenia, stwierdzono zapalenie żołądka. Mój układ trawienny został bardzo uszkodzony. Mimo poprawy wyników do dzisiaj nie mogę spożywać pieczonych, smażonych potraw, jestem skazana na dietę wątrobową, bo odczuwam silne dolegliwości bólowe. Odczuwam objawy pogorszenia wzroku i słuchu na skutek przyjmowania leków przeciwgruźliczych. Potwierdzają to lekarze jako prawdopodobny ich skutek uboczny. Za długie zwlekanie z leczeniem operacyjnym poskutkowało rozrostem zmiany w płucach.

Zbyt późno postawiona diagnoza spowodowała załamanie mojego zdrowia, kariery zawodowej, sytuacji materialnej. W trakcie pobytu w szpitalach otrzymałam potwierdzoną badaniami kolejną diagnozę - tocznia, który też występuje jako prawdopodobny skutek przyjmowania leków przeciwgruźliczych. W 2016 roku okazało się, że prawdopodobnie mam przerzuty do płuca prawego. Niestety w normalnej bronchoskopii nie udało się tego podejrzenia potwierdzić. Cały czas miałam nadzieję, że to nie przerzuty, ale w grudniu 2017 roku po ataku odmy musiałam zgłosić się do szpitala w celu odbarczenia zapadniętego płuca. Ponieważ nie było karetki mąż mnie zawiózł do Zakopanego, bo po niezbyt dobrych doświadczeniach nie chciałam już ryzykować i leczyć się na Śląsku. W trakcie drenażu płuca i talkowania pobrano mi wycinek płuca wraz z guzkiem. Badanie potwierdziło diagnozę - przerzuty nowotworu do płuc i węzłów chłonnych. W szpitalu mąż uzyskał informację od lekarza, że tylko cud mnie uratuje. Domyśliłam się, że usłyszał coś okropnego, bo po wyjściu z gabinetu lekarskiego miał przekrwione oczy od płaczu. O tym mąż powiedział mi po kilku miesiącach. W tej chwili każdy dzień jest dla mnie cudem... W chwili obecnej jestem leczona w Instytucie Onkologii w Gliwicach, przyjmuję chemię celowaną. Potrzebuję środków, które mają pomóc w dolegliwościach związanych z objawami ubocznymi chemioterapii. Lek Sativex to koszt około 3 tyś na dwa miesiące, dochodzą koszty rehabilitacji oraz dojazdów do specjalistów.

Pozwól mi uwierzyć w cud.

Darowizny na rzecz leczenia Ani można przekazywać za pomocą płatności on-line, karty płatniczej, PayPal lub tradycyjnego przelewu. Aby dokonać wpłaty, kliknij na przycisk "Wspomóż" w niebieskim prostokącie.

Galeria

Dziennik

Kochani, niestety choroba znowu dała mi w kość. Od stycznia odczuwałam bardzo silne bóle w mostku. W Instytucie Onkologii lekarze nie dostrzegając niczego w tomografii, tłumaczyli moje "nerwobóle" złą budową klatki piersiowej. W sytuacji gdy ból się tak nasilił, że nie mogłam się dotknąć, dostałam paracetamol w kroplówce i tyle. Anioł stróż chyba nade mną czuwał, bo spóźniając się do swojego lekarza, trafiłam do Pani doktor, która nie zignorowała mojego bólu, tylko przyspieszyła mi termin tomografii, podejrzewając rozsiew przerzutu. Niestety miała rację. Na tomografii wyszły zmiany w kościach, w tym jedna zmiana wielkości 3 centymetrów (była widoczna gołym okiem). Lek, który przyjmowałam, przestał działać i choroba galopowała. Moje życie zależało od jednego genetycznego badania. Czekałam jak na zbawienie, aby okazało się, że mam mutację niezbędną do przyjmowania leku nowej generacji. Śmierć codziennie zaglądała mi w oczy, siejąc przerażenie w mojej duszy. Ból się tak codziennie rozprzestrzeniał jak tsunami. Płakałam i modliłam się jak nigdy dotąd, prosząc o dar dalszego życia. Gdybym nie miała mutacji, to pozostałaby mi tylko tradycyjna chemia i kilka miesięcy życia. Chudłam strasznie - w chwili obecnej ważę 46 kg, wszystkie ubrania na mnie wiszą. Zaczęłam szukać modlitw, które przebłagają Boga, żeby dał mi nadzieję. Nowenna pompejańska, modlitwy na wszystkich możliwych grupach modlitewnych, modlitwa do św. Charbela, do Jezusa i Matki Bożej na żywo transmitowana z Lourdes, codziennie różaniec na teobańkologii itd. Ból był tak okropny, że myślałam, że umieram. Bliscy pomagali, jak mogli, oprócz codziennej pomocy doszła akupresura stóp i inne naturalne metody. Jaka radość pojawiła się na mojej twarzy, jak się okazało, że mam mutację i mogę dostać nowy lek. Zanim doczekałam się na leczenie, Pani doktor chcąc mi pomóc w cierpieniu, zleciła mi radioterapię, która wywołała u mnie ostry zespół popromienny. To był dopiero jazz. Naświetlania miały zadziałać przeciwbólowo, ja jednak zaczęłam odczuwać bóle połączone z osłabieniem i innymi atrakcjami. Pani radiolog tłumaczyła te objawy złą pogodą. Myślałam, że źle słyszę... Zaczęłam się modlić o to, żebym dostała wskazówkę, co mam robić, bo Pani doktor upierała się, żeby kontynuować naświetlania. Stał się cud, bo okazało się, że Pani doktor sama do mnie napisała, że nie mogę kontynuować naświetlań, bo mam dedimery podwyższone i to jest przeciwskazaniem do radioterapii. Czułam się jak cyborg... jakieś ciągnące po całym kręgosłupie drętwienie, bóle głowy i totalny brak sił. Myślałam, że jak mi się udało uniknąć dalszego atakowania mojego organizmu poprzez naświetlanie i przyjęcia kwasu, który miał mi pomóc, a równocześnie mógł mi zniszczyć kości szczęki bezpowrotnie, to już mi nic nie grozi. Niestety Pani radiolog nie odpuszczała. Zostałam przez pielęgniarkę poinformowana o konieczności wykonania scyntygrafii, odmówiłam z powodu złego samopoczucia po radioterapii. Miałam wrażenie, że to jakiś horror w którym rozgrywa się walka dobra ze złem, a ja jestem bohaterką pierwszego planu. Od tego czasu codziennie modlę się i dziękuję za to co się wydarzyło. Mam nadzieję, że lek mi pomoże dalej funkcjonować i walczyć o życie. Bóle przeszły, tylko pozostał ból po radioterapii. Prawdopodobnie dostałam za dużą dawkę, bo przez przypadek dowiedziałam się, że dawka ustalana jest na podstawie wagi, a radiolog nie pytała mnie o nic.

Proszę Was kochani, módlcie się za mnie, bo nie wiem ile dostałam czasu. Na razie nie ma nowych leków dla mnie, więc znowu żyję na kredyt i nie wiem, co mnie czeka. Jeśli ktoś może mnie wesprzeć finansowo, będę wdzięczna, obiecuję codzienną modlitwę. Dziękuję za każdy gest i pamięć i serdecznie Was pozdrawiam. Cieszcie się życiem, dziękujcie za każdy dzień i kochajcie się nawzajem. Duże serducho dla Was!

Kochani wszystkim, którzy zechcą mnie dalej wspierać bardzo dziękuję. Długo się nie odzywałam bo miałam kłopoty z palcami. Niestety objawy uboczne leków dokuczały mi bardzo, ale teraz na kilka dni onkolog odstawił mi chemię, żebym podgoiła swoje palce i skórę, mogę już pisać na klawiaturze. Będę bardzo wdzięczna za każdą kwotę, gdyż niestety leczenie jest bardzo kosztowne. Z całego serca wszystkich pozdrawiam i dziękuję. Życzę Wam dużo zdrowia, miłości i szczęśliwych chwil. Dzięki Wam chce się żyć i walczyć.

Bardzo wszystkim moim darczyńcom pięknie dziękuję za wsparcie finansowe i emocjonalne. Dziękuję za słowa otuchy i za to, że zechcieliście być ze mną w tej trudnej drodze.
Ogromnie mnie to buduje i daję siłę i wiarę w to, że moja walka nie pozostaje obojętna dla innych i że niezależnie od tego co będzie dalej są doświadczenia, które zostaną w mojej pamięci. Dziękuję moi kochani. Pełna wdzięczności Ania.

Wypłaty (suma: 14793.33 zł)

Zebrane środki zostały wykorzystane na następujące wydatki:

15.03.2021 - 2643.64 zł
- kategoria wydatków: środki farmakologiczne, inne, terapia onkologiczna, konsultacje medyczne

15.03.2021 - 1034.00 zł
- kategoria wydatków: konsultacje medyczne

18.12.2020 - 4135.35 zł
- kategoria wydatków: środki farmakologiczne

03.04.2020 - 4290.43 zł
- kategoria wydatków: środki farmakologiczne

16.07.2019 - 2689.91 zł
- kategoria wydatków: środki farmakologiczne

Do dyspozycji podopiecznego pozostało: 3 991,61 zł

Wspierający

Największe darowizny

Anonimowy 1 rok temu 3300 zł

Anonimowy 4 miesiące temu 3000 zł

Andrzej Tkaczyk 7 miesięcy temu 2000 zł 33

Przed laty dałaś mi "drugie " życie. Wspieram Cię z całego serca i życzę wytrwałości w walce.

Anonimowy 1 rok temu 824 zł

Anonimowy 1 rok temu 563 zł

Anonimowy tydzień temu 500 zł 2

Aniu, niech Twoje piękne serce Cię prowadzi. Uściski kasiowe

Anonimowy 4 tygodnie temu 500 zł 8

Pani Aniu! Sercem i dobrą myślą jestem z Panią. Dziękuję za Pani wsparcie w gabinecie przed laty. Życzę zdrowia i pomyślności.

Najnowsze darowizny

Anonimowy 3 dni temu 400 zł

Anonimowy 4 dni temu 100 zł 1

Uściski Aniu, zdrowia!!!

Anonimowy 4 dni temu 80 zł

Ta strona korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcejRozumiem